facebook twitter nk
Ładuję

Człowiek Renesansu z herbem, ale... bez herbu.

Autor Miłosz Kołodziej
Data utworzenia: 08 wrzesień 2014, 14:00 Wszystkich komentarzy: 1
Człowiek Renesansu z herbem, ale... bez herbu.
Zagadka chojnowskiego Szkota rozwikłana przez szkockich heraldyków i Jerzego Janusa.

IM. IHAR. CHRI. 1. 5. 6. 3
MONTAG. NACH. DEM. NEU
EN. IHARS. TAG. IST. IN .GOT
VERSCHIDEN. DER. ERBAR
ERENTFESTE. HANS. GEREN
VON. ARBROD. IN. SCHOTLAND
DEM. GOT. GNEDIG. SEI.

Dla moich kolegów: Kennetha, Grahama, Alexa, Boba, czy Eddiego ślad po ich rodaku to wielkie zaskoczenie, niespodzianka, prawdziwy bonus do podróży, którą odbyli do Polski, żeby się zrelaksować, pograć w piłkę i odrobić towarzyskie zaległości. Dla mnie, wieloaspektowego fana Szkocji to sympatyczne odkrycie, potwierdzające, iż przedstawiciel nacji, którą tak cenię zacumował przed wiekami w moim mieście. Może i Chojnów, kiedyś zdyskontuje ten fakt, by mieć kolejne partnerskie miasto, tym razem w hrabstwie Angus w Szkocji?! O co właściwie chodzi, raczej o kogo? Mowa o Hansie Gerenie/ Johnie Greenie obywatelu Europy i mieszkańcu naszego miasta sprzed wieków, który dotarł na nasze tereny z Arbroath. Szkockie ślady w Chojnowie odkryte zostały przez dyrektora Muzeum Regionalnego w Chojnowie pana Jerzego Janusa. To on odnalazł kamień nagrobny wmurowany w kruchcie kościoła św. Piotra i Pawła, zaintrygowany znaleziskiem, "wydobył" epitafium spod warstwy zalegającego na nim tynku, to okazało się być szesnastowieczną tablicą nagrobną obieżyświata ze Szkocji, który wiódł swój żywot w Haynau. Epitafium przynosi kilka ważnych informacje i pokazuje herb, który stał się przedmiotem zainteresowania, badań i dociekań zarówno Jerzego Janusa jak i szkockich heraldyków.

Nasz Człowiek z Arbroath

Nasz bohater pochodził z Arbroath, liczącego dziś ponad 20 tysięcy mieszkańców, miasta nad Morzem Północnym. Odległość od Chojnowa, jeśli chcielibyśmy się udać drogą, przeważnie, lądową, to około 2 000 km, ale przecież ewentualną podróż zaczęlibyśmy zapewne od analizy połączeń lotniczych z Edynburgiem. Nawet teraz wybierając się do Arbroath musimy się trochę nagimnastykować, aby tam dotrzeć, spróbujmy wyobrazić sobie taką podróż w XVI wieku! Naprawdę konkretna eskapada. Co możemy powiedzieć o samym Arbroath? Miasto w historii Szkocji i Wysp bynajmniej nie jest anonimowe, ba dla samych Szkotów to wręcz symbol. Mówimy Arbroath, myślimy o Deklaracji z Arbroath, czyli o pochodzącym z 1320 roku dokumencie, prawdopodobnie spisanym w miejscowym okazałym opactwie, który był, de facto, deklaracją niepodległości Szkocji. Na czele państwa stał wówczas Robert the Bruce – fani filmu Braveheart doskonale kojarzą postać i ówczesny klimat, dosyć napiętych, relacji szkocko-angielskich. Co jeszcze myślimy, kiedy mówimy Arbroath? Jak zgłodniejemy to wspomnimy o Arbroath Smokies – wędzonych rybach, głównie łupaczu, tamtejszym przysmaku wytwarzanym wyłącznie w mieście i najbliższym sąsiedztwie. Wróćmy jednak do miasta symbolu, które w ostatnich tygodniach znowu było intensywnie obecne w szkockich mediach. Wszystko za sprawą końcówki kampanii referendalnej. Chodzi o Referendum niepodległościowe w Szkocji. 18-go września Szkoci będą głosować, czy chcą, aby "Alba" stała się niepodległym państwem. Dlatego właśnie Arbroath było areną płomiennego wystąpienia Alexa Salmonda – szefa regionalnego rządu, wielkiego orędownika niepodległej Szkocji, który nawiązując do osławionej średniowiecznej deklaracji, upominał się o niepodległą Szkocję, wyliczając zalety "samostanowienia". Alex Salmond wygłaszając swoją "Deklarację Możliwości" – jak sam ją nazwał, za plecami miał ruiny historycznego opactwa. O tym czy historia zatoczy koło z Arbroath w tle dowiemy się niebawem, ale póki co wracam do XVI wieku. Wtedy właśnie nasze miasto, liczące kilkuset mieszkańców, odwiedził John Green z Arbroath. Odwiedził i został. Nie wiemy co, lub kto wpłynął na jego decyzję, nie wiemy czy do Arbroath wracać nie chciał, czy nie miał po co, może chciał, ale nie mógł?! .Nie wiemy nawet czy właściwie nazywał się John Green, choć w tym przypadku transkrypcyjny trop został uznany za odpowiedni zarówno przez Jerzego Janusa, jak i szukających więcej informacji o naszym krajanie, szkockich heraldyków. Co w takim razie wiemy, lub możemy przypuszczać? Wiele wskazuje, że dobrze się w Haynau urządził. Był zapewne majętnym obywatelem, dobrze znanym lokalnej społeczności. Z czasem po szkockim nazwisku nie było już śladu, stał się Hansem Gerenem, zasymilował, wkomponował w lokalną wspólnotę. Nigdy, natomiast, nie zapomniał skąd pochodził. Kiedy przyjrzą się państwo temu epitafium, proszę zwrócić uwagę na herb, który je zdobi. Widzimy
na niej trzy owcze głowy zerkające na nas z herbowej tarczy. Wszystko wskazywało na to, że nasz krajan był szlachetnie urodzony i oprócz majątku "obdarzony" był jeszcze herbem, za którym oprócz formy graficznej, szedł jeszcze tytuł. Właśnie do chaotycznej graficznej formy owego herbu wątpliwości wyrażał pan Jerzy Janus. Chcąc wyjaśnić sprawę zwróciłem się do szkockich heraldyków, którzy mieli rozwiać herbowe wątpliwości. Tamci próbowali zlokalizować szkocki klan, którego herbem byłyby 3 owcze głowy przesadnie ściśnięte w herbowej tarczy. Na pierwszy rzut oka, herb bardzo szkocki, owcze głowy dobitnie potwierdzają przecież fakt, iż przybysz pochodził z północy kraju. Ta owcza specyfika północnych terenów utrzymała się do tej pory, tyle, że zwierzaki w herbie nie determinują od razu szlachectwa.

Herb tak, ale tylko "home-made"

Dręczyłem szkockich heraldyków z uporem godnym lepszej sprawy, aby udowodnić dobre urodzenie chojnowskiego Szkota. Jednak już pierwsze uwagi pomagającego mi w tej kwestii Alexa Maxwell Findlatera
ze Szkockiego Towarzystwa Heraldycznego nie dawały większych szans na szlachectwo naszemu bohaterowi. Szkocki heraldyk przyznał wprawdzie, że herby z trzema elementami w tarczy są dosyć powszechne, podobnie jak umieszczanie w nich głów zwierząt, ale podzielał wątpliwości dyrektora Janusa co do graficznej strony herbu, podkreślając, iż normalnie elementy w tarczy herbowej są zdecydowanie szerzej rozmieszczone, ponadto zapewniał mnie, iż mimo starań podobnego herbu w przepastnych archiwach nie odnalazł. Analizowano wprawdzie herb Douglasów, ale ten trop bardzo szybko upadł. Alex Maxwell Findlater konsultował nazwisko Geren/ Gerem z innymi heraldykami, wszyscy byli zgodni co do tego, że jest to nazwisko w Szkocji niespotykane, podjęli zatem trop nazwiska Green, jako prawdopodobnie noszonego przez podróżnika z Arbroath. Okazało się, że Greenowie faktycznie doczekali się herbu, ale... dopiero w XX wieku. Wszystko wskazuje zatem na to, że Hans Geren - Szkot na obczyźnie, bazując na sprawdzonych, znanych sobie wzorcach zaprojektował herb za życia, jeśli tego nie zrobił, uczyniła to rodzina, po jego śmierci, aby podkreślić pochodzenie przodka z którego był bardzo dumny.
Nie mam kaca po tych heraldycznych poszukiwaniach. Misja "uszlachetnienia" Hansa Gerena vel Johna Greena nie powiodła się, ale i tak było super pochodzić trochę jego śladami. Tak, jak wspominałem na początku, sam fakt, że taka "pamiątką" po nim pozostała jest już czymś wyjątkowym. To, że John Green z Arbroath nie miał herbu, nie przeszkadza mi zupełnie. Nic się nie dzieje, dla mnie i tak jest prawdziwym Człowiekiem Renesansu.






Na zdjęciu: Alex Little i Jerzy Janus. Fot. MK

Komentarze

artykuł o czymś tam .... ale o niczym . lepiej autor by napisał o swoim programie wyborczym i o kandydatach do rady i na burmistrza
zgłoś komentarz

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.